yumemi blog

Twój nowy blog

***

4 komentarzy

Tak dawno nic nie pisałam, mam nadzieję, że wszyscy zapomnieli o tym blogu… Po prostu… chciałabym móc trochę się wypisać, a nigdy nie miałam cierpliwości do „normalnych, zeszytowych” pamiętników.
Jest 13 sierpnia, urodziny Marysi.
Mam 16 lat.
Świetnych przyjaciół, ale nawet oni mnie do końca nie rozumieją.
To chyba normalne, zawżywszy fakt, że ja sama siebie nie rozumiem.
Brata, chorego dziadka i psa.
Nie mam mamy.
„Jestem sierotą”- jakie to dziwne słowa, prawda?
08.02.2005 r.- najgorszy dzień w moim życiu. Lekcja matematyki, wezwanie pani dyrektor. „Uuu, na dywanik. Przyznaj się, co przeskrobałaś?”- rzucone, chyba przez Adriana, za moimi plecami. A na szkolnym korytarzu mocny uścisk pani dyrektor, której nawet zbytnio nie lubię.”Tak mi przykro, kochanie. Twoja mamusia nie żyje.” Jezu, jakie to tandetne zdanie, co za głupia sytuacja, tak żałosne, że aż mi się chce śmiać. Tylko, że nie mam się z czego śmiać. Zawał, przechodzony. Zawsze myslałam, że określenie „serce mu pękło” to tylko literacki frazes. A jej właśnie pękło serce. Na pół.
I nagle trzeba było dorosnąć. Zadłużone mieszkanie, niepewna sytuacja i do tego leżący dziadek na dokładkę. Mój brat został moim prawnym opiekunem. Za życia mamy zawsze się ze sobą żarliśmy, trzeba było nauczyć się z sobą jakoś dogadywać, nie miałam zamairu iść do jakiegoś jebanego bidula, czy do rodziny na drugim końcu Polski, moje życie zawsze toczyło się we Wrocławiu, nie chciałam tego zmieniać. Jakoś poszło.
„Podziwiam cię, wielu ludzi po śmierci rodziców się załamuje.”
„Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby to moja mama umarła. To byłby dla mnie koniec świata.”
Gówno prawda. Tylko się tak mówi. Oczywiście, też się zawsze tego bałam, ale co mogłam innego zrobić, musiałam sobie dać radę, nie miałam innego wyjścia. Zbyt szkoda było mi życia.
Najgorsza jest to wścibianie nosa do moich spraw innych ludzi, mam tu głównie na myśli te wszystkie dewotki itp. Jakim prawem one mogą oceniać moich przyjaciół, nawet ich nie znają! Dlatego muszę być ostrożna, ja nie mogę sobie palić na ulicy czy coś, od razu by to poszło pewnie do mojego kuratora.

Ale mimo wszystko nie jest źle. Moje życie jest nie tyle gorsze, co po prostu inne, i tyle. Może to dziwne, ale im więcej złego mnie spotyka, tym bardziej wierzę, że musi być lepiej, Zawsze była ze mnie cholerna optymistka. Tak łatwo się nie zmienia.

Fasola :
Marika i ja… Nie. JA i Marika. Tak, teraz lepiej.
Kiedy ją poznałem? Cholera, dokładnie nie pamiętam, nie mam głowy do takich rzeczy…
Ale wiem, że tego dnia strasznie piździło. Stałem na przystanku autobusowym z niezapalonym papierosem w ustach i gorączkowo próbowałem znaleźć zapalniczkę albo coś takiego. Byłem już naprawdę nieźle wkurwiony. Lał deszcz, autobus nie przyjeżdżał, a ja miałem mokro w butach.
I wtedy podeszła ona. Z zapalniczką w ręce. Uśmiechała się do mnie. Dziwnie się poczułem. Co pomyślałem w pierwszej chwili? „Taką małą łatwo by było wykorzystać.”- tak, coś w tym stylu. Raczej mnie nie zainteresowała. Taka jakaś… niewyraźna, jakby rozmywała się w deszczu.
Odpaliłem swoją fajkę i dalej się jej przyglądałem. Z nudów, ale ona się chyba trochę speszyła, chciała odejść.
- Twój sweter pasuje mi do głowy.- wysiliłem się, chcąc jakoś przetwać czas do przyjazdu autobusu. Spojrzała na moje zielone włosy, a potem na swój równie zielony sweter.
- Rzeczywiście.- przyznała, znów uśmiechając się niepewnie. To mnie już zaczynało wkurzać, mogła by się jakoś bardziej postarać.
- Mieszkasz tutaj?- spróbowałem jeszcze raz. Kiwnęła głową. Miałem ochotę ją jebnąć, ale starałem się zachować pozory całkowitej obojętności.
- Totalne zadupie.- powiedziałem zgodnie z prawdą. Przedmieście, nienawidzę takich miejsc.- Co to wogóle jest? Ni wieś, ni miasto, taka sraka.- dokończyłem wyrzucając peta. Zarumieniła się. Jak jakaś idiotka. Dalsza rozmowa też się zbytnio nie kleiła. Zdołałem od niej wyciągnąć tylko imię i zauważyłem, że pali tę samą markę co ja. I nie jest jedną z tych ładnych lasek, które się wyrywa na jakiejś imprezie. Wogóle wyglądała na taką, co raczej imprez nie lubi. Cholernie nieśmiała. Nudziła mnie. Sam nie wiem, czemu wziąłem od niej numer telefonu.
Jeszcze jedno: jestem skończonym chujem, teraz już macie pewność. Nie wsydzę się tego, kim jestem i zdaję sobie doskonale sprawę, co to oznacza. Nie wiem, po co zacząłem to piasać, bo, mówiąc delikatnie- mam was wszystkich głęboko…
2003- 11-11 20:24:32

Nowa era

5 komentarzy

dla tego bloga. Wybaczcie, ale po prostu już nie mogłam patrzeć na ten layout, był tu w końcu ponad rok… no ile można? Hm, szablon. Nie jestem na tyle mądra, aby robić innego laya, nie jestem nawet na tyle mądra, aby jakiegoś zamontować. Koniec tematu.
Nie ma też linków do innych blogów. Wykasowane. Na blogi tych, których będę chciała wchodzić i tak wchodzić będę. Komentować, chociaż nie mam pojęcia- jak często. Dlaczego to zrobiłam? Denerwuje mnie zasada „link za link”. Jeśli ktoś ma mojego linka tylko dlatego, może go spokojnie wykasować. Nigdy nie byłam osobą zbyt kontaktową, wolę mieć parę osób zaufanych, niż wiele powierzchownych.
A czy notki się zmienią? Nie mam pojęcia. Naprawdę. Możliwe, że niektóre będą bardziej złośliwe, mniej poetyckie (a były jakieś poetyckie? buahahahah). Coś na koniec:

Leżała tam. Blada twarz i jej zamdlone oczy wtapiały się w biel pościeli. Czarne włosy rozsypane na poduszce zdawały się oplatać jej kark, jakby zamierzając skończyć z tym marnym życiem, które jej jeszcze zostało. Gdy wchodziłam, nawet nie zwróciła na mnie uwagi, obserwowała krew powoli biegnącą od rurki, poprzez węflon wprost do jej wyraźnie widocznych żył.
- Teraz jestem wampirem.- cichy głos wyrwał mnie z letargu. Wciąż nie odrywała wzroku od swojej ręki.
- Płynie we mnie cudza krew. Jestem wampirem.- ciągnęła gładząc opuszkami palców róg prześcieradła.
- I wiesz co?- spojrzała na mnie- To bardzo przyjemne uczucie.- nie uśmiechała się, nie poruszała. Po prostu wpatrywała się we mnie uważnie, jakby czekając na moją reakcję. Ja jednak nie mogłam wyksztusić ani słowa, czułam się…dziwnie…tak, dziwnie. Wreszcie odwróciła powoli głowę. Zasnęła. Z moich oczu popłynęły łzy.

If it will not disturb You
I would like to kill myself
If it will be a relief for You
I would like to shoot in my head

World is so hopeless,
So why I shouldn’t finish with it?
I cannot do in all world,
But I can in myself,
What a good idea!

By the full Moon
I will hang myself
By the full Moon
I will jump from the bridge
It’s so damned romantic,
That’s why I will do it
By the full Moon

If it will really please You-
Come here and plunge the dagger in my heart
If You will be happy by it-
Slash my veins, please

It will be so funny-
Became a one of the thousands crosses
Became a one of observateing by ravens

By the full Moon
I will hang myself
By the full Moon
I will jump from the bridge
It’s so damned romantic,
That’s why I will do it
By the full Moon

Po przeczytaniu tego, pewnie niektórzy myślą „Czy ona naprawdę chce się…”, odpowiedź brzmi, oczywiście, że nie-.- A co, tak łatwo się mnie nie pozbędziecie. To co z nudów przeczytaliście (lub wam się nie chciało i przeszliście od razu tutaj:P) to text piosenki szanownego zespołu metalowego- Redeemers. Ekhm, no tak, pewnie nikt o nim nie słyszał, ale to dobrze, bo on tak naprawdę… nie istnieje^^ Tak, nie pomyliłam się, no, może to nie do końca tak… Istnieje, tylko, że na kartach komixu pod bardzo skomplikowaną i trudną do rozszyfrowania nazwą *WOW* (czyta siem „wow”, nie „łał”). Taaa, pewnie o zacnym komixie też nikt nie słyszał, ale to jeszcze lepiej, bo nad tym czymś wyrywa sobie włosy (to przenośnia, zbyt kocham swoje włosy, by je wyrywać;P) pisząca tutaj te słowa… Nie będę się nad nim dłużej rozwodzić, bo pewnie połowa już i tak zasnęła przed kompem. Jeśli ktoś by chciał coś więcej, to najwyżej na maila (gg?). Ale to tylko dla cierpliwych, wiadomo, jak to u mnie z terminami… A, i jeszcze dwie rzeczy!
Po pierwsze bardzo, bardzo, bardzo dziękuję Agasi za „Never Mind The Bollocks”, wiem, że zrobiłam to już tysiąc razy, ale naprawdę chciałam mieć tę płytkę, dziękuję Agasiu :*
Po drugie, panna Yuzuriha otrzymuje nagrodę za „najczęściej odwiedzającego xięgę gościa”XDDDDD W nagrodę otrzymuje oklaski od autorki, cmoka w policzek :*, a jeśli by chciała, to mogem coś pannie narysować według życzenia^^
Bardzo długo nie pisząca Yumemi XD
P.S. Ach, bym zapomniała, Do Nee-chan: sorki, she ci nie przysłałam nic, ale jak ta ciapa zapomniałam adresu wziąć==’ Następna część opo w trakcie tworzenia, najpóźniej w środę ci wyślem, chyba, że cię wcześniej na gg złapię…:*

:)

6 komentarzy

Dziś dla odmiany będzie króciutko:
wakacje:))

A morał drogie (nie)dzieci z tego taki: Aś nie umie rysować kredkami, więc tego nie robi, chyba, że coś jej odwali, tak jak w przypadku tego nieszczęsnego bohomaza:P
Morał nr 2: Aś jest strasznym leniem, dlatego zamieścił to dopiero teraz (wolność dla leni! dzień dłuższy o 2 godzinyyy!!!…e, nieważne^^”). Miłych wakacji życzem

Ukojenie

6 komentarzy

Padało. Tego dnia strasznie padało. Ciężkie krople spadały wprost z nieba na moje już i tak przemoknięte tekturowe pudełko, w którym rozpaczliwie próbowałem znaleźć chociaż skrawek bezpieczeństwa. Nie dawało to oczywiście żadnych skutków. Deszcz moczył moje futerko, wpadał do uszu. Ale nagle…nagle wszystko ucichło, chociaż nadal słyszałem obok szum wody. Podniosłem ostrożnie łepek i najpierw zobaczyłem nad sobą rąbek parasola, a potem jego właścicielkę. Jej ciepłe oczy i jeszcze cieplejszy uśmiech. Pokochałem ten uśmiech. Dziewczynka z wielkim, szkolnym plecakiem wzięła mnie na ręce i zaniosła do siebie.
Jak przyjemnie było siedzieć w ciepłym miejscu mając świadomość tego zimna i wilgoci na zewnątrz. Moja nowa właścicielka siedziała teraz przy swoim biurku i w pomarańczowym świetle lampy odrabiała lekcje. Bawiło mnie patrzenie na jej zaciętą minę, pewnie te zadania ją przerastały. Potwierdzeniem moich przypuszczeń było obgryzanie przez nią ołówka i nerwowe odgarnianie co chwila niesfornych kosmyków za ucho. Nie wiedzieć czemu ogarnęła mnie bezbrzeżna wdzięczność do tej drobnej istoty, otarłem się o jej kolana mrucząc cicho. Spojrzała na mnie nieprzytomnym wzrokiem znad książek.
- Jak ja mam cię właściwie nazwać?- powiedziała bardziej chyba do siebie niż do mnie, biorąc mnie jednocześnie na ręce. Miauknąłem cicho, chcąc dać jej do zrozumienia, że nie jest to dla mnie ważne.- Będziesz po prostu Kotem.- uśmiechnęła się i potarmosiła mnie po głowie.
Ona nie jest moją pierwszą właścicielką, przez moje krótkie, kocie życie przetoczyło się już kilku, ale z czystym sumieniem mogę zapewnić, że to ją pokochałem najbardziej. Ją całą, z jej małymi dziwactwami (zrywanie się o drugiej w nocy, aby coś zapisać lub narysować), jak i wadami- wieczne spóźnianie się czy słomiany zapał, przecież nikt oprócz mnie nie wie, ile wysiłku wkłada, by cokolwiek skończyć. Oczywiście, nie jest idealnie, bo kto powiedział, że jest? Czasem na mnie krzyczy, przecież nikomu by się nie spodobało jego ulubione ubranie w strzępach… czy przypadkiem zniszczony wazon. Jednak to ona mnie zawsze broni przed innymi domownikami, szczególnie przed siostrą. Nie lubię jej siostry. Gdy tylko ona próbuje mnie chociażby dotknąć, zaczynam prychać i wysuwam swoje pazury. Dlaczego mam niby darzyć chociażby szacunkiem kogoś, kto poniża własnych bliskich? Tego jej nigdy nie wybaczę. Nie zapomnę tej kłótni.
- Nie kupiłaś?! Jaj to nie kupiłaś?!- to jej krzyk.
- Zapomniałam…- odpowiedziała ledwo słyszalnie mama dziewczynki.
- Ty zawsze wszystkiego zapominasz! Wyjdź stąd, bo mi się rzygać chce, jak na ciebie patrzę!- Tak powiedziała- „rzygać mi się chce, jak na ciebie patrzę”- do własnej matki… W takich chwilach dziewczynka najczęściej bierze mnie na kolana i gładzi moje futerko. W jej oczach mogę wyraźnie zauważyć strach i smutek, ale też trochę gniewu.
- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz, jeszcze się ułoży, ona już się niedługo wyprowadzi, zobaczysz, wszystko będzie dobrze…- szepcze mi do ucha. Mam dziwne wrażenie, że te słowa to ja powinienem mówić do niej, to ona ich potrzebuje. Ach, jak bardzo bym chciał jej to właśnie powiedzieć, albo przynajmniej znaleźć kogoś, kto powie je za mnie.
- Najgorsze jest to, że nawet gdybym chciała, nie potrafię jej nienawidzić, to moja siostra…- dodaje po chwili, często już przez łzy. Dziwię się jej, staram się, ale i tak nie mogę jej zrozumieć. Przecież jej siostra nie krzyczy tylko na jej mamę, często wyładowuje swoją złość także na dziewczynce. Pod byle pretekstem. Moja mała pani zwykle milczy, chociaż ostatnio nie wytrzymała. Kłótnie powtarzały się coraz częściej, prawie codziennie. Dziewczynka postawiła mnie na podłodze, posłała krótkie spojrzenie i wyszła trzaskając drzwiami. Tak po prostu. Wiedziałem, że była zła, pierwszy raz ją taką widziałem. Pierwszy raz od mojego pobytu, ale zapamiętałem ten wyraz twarzy do dzisiaj i- jak mi się wydaje- do końca swoich dni.
Od tego czasu dziewczynka wychodziła tak coraz częściej, a właściwie za każdym razem, gdy dochodziło do kłótni. Na początku wychodziła sama, ale kiedy zobaczyła, że jej siostra w napadzie furii kopnęła mnie, zaczęła zabierać mnie ze sobą. Te nasze wspólne wyjścia były jedną z najprzyjemniejszych chwil, jakie z nią spędziłem. Nasza niepozorna dwójka pośród szarego tłumu wylewającego się ze wszystkich stron. Chociaż ich było tak wiele, czułem nad nimi przewagę- oni byli samotni, uciekali przed wszystkim, a szczególnie przed tą przykrą prawdą. My mieliśmy siebie. Dziewczynka też to wiedziała.
Najczęściej szliśmy nad rzekę. Ona siadała na trawie i brała mnie na kolana. Potrafiliśmy tak trwać, długi, długi czas. Z resztą nie jestem pewien, ile tam siedzieliśmy. Trochę wstyd się przyznać, ale takie wyprawy kończyły się moim błogim snem. Kołysał mnie miarowy szum wody i widok jej włosów targanych wiatrem.
Zapowiadało się zwyczajnie. Ot, kolejna nasza wyprawa, jakich wiele. Tego dnia słońce nieznośnie świeciło mi w oczy, podnosząc wzrok do góry mogłem dostrzec jedynie zarys sylwetki mojej pani. I jej uśmiech, a może tylko mi się zdawało, że go widzę? Nieważne. Dzień był w każdym razie upalny, typowa późna wiosna. Usiedliśmy dla odmiany pod jednym z drzew, na trawie upieklibyśmy się na pewno. Na wpół już drzemałem, gdy do moich uszu dobiegł czyjś głos, głos wyraźny i czysty.
- Przepraszam, ale to moje miejsce.- zaciekawiony otworzyłem jedno oko. Najpierw ujrzałem zniszczone, wojskowe buty, potem niedbale przewiązaną przez biodra flanelową koszulę, a dopiero na końcu poczochraną czuprynę. Dziewczynka wstała szybko i przepraszając podążyła ku naszemu staremu miejscu, na szczęście o tej porze nie było już tak gorąco.
Ona wtedy na pewno tego nie wiedziała, nie mogła przecież wiedzieć, ale ja… Odkąd tylko zobaczyłem te wojskowe buty, miałem niejasne wrażenie, że to on będzie tym, który ją pocieszy. Ta myśl sprawiła mi radość, ponieważ znalazł się ktoś, kto ją uszczęśliwi. Poczułem ulgę i nowy ładunek wdzięczności do mojej małej właścicielki. Wydała mi się jeszcze bardziej krucha niż zwykle. To zabawne, bo tylko ja widziałem tę jej kruchość i nieporadność. Wszystkim bowiem chciała zawsze pokazać, że nic nie obchodzi ją opinia innych, ta jej wyniosła i znudzona mina ilekroć ktoś nieznajomy na nią choćby spojrzał. Rozczulały mnie zawsze te maski, ale byłem też dumny z siebie- tylko ja potrafiłem je dostrzec. Czy ciemne oczy chłopca z poczochraną czupryną też będą to potrafiły? Mam taką nadzieję…
***
Znów czeka na telefon. Kolana podkuliła pod brodę, wzrok utkwiła w tym zabawnym, ale też niebezpiecznym aparacie. Uwielbiam patrzeć na jej dłonie. Podczas czekania na jego głos stają się takie ruchliwe, nie mogą sobie znaleźć miejsca. Kładę się na jej stopach i mruczę cicho próbując ją uspokoić. Jeden nieuważny ruch ręką gdzieś w okolicach mojego karku i nieobecny uśmiech. Ale to wszystko się zmienia, gdy tylko słyszy ten specyficzny sygnał. Bierze głęboki oddech i stara się opanować. Przyjmuje ton beztroski i ostrożnie przykłada słuchawkę do ucha. Właśnie taką kocham ją najbardziej. Szczęśliwą.
Inspiracja:”Kanojo to kanojo no neko”(artykuł w numerze kiwecień/maj Kawaii z tego roku)
Żeby była jasność, nie miałam przyjemności oglądać tego anime, opowiadanie stworzyłąm na podstawie samego artykułu. W przeciwieństwie do większości napisanych przeze mnie rzeczy, to jest dosyć osobiste, dlaczego? Osoby, które miały okazję mnie poznać bliżej, chyba siem domyślą;). A teraz jest gorąco, okropbnie gorąco, chociaż już słońce powoli zachodzi, ale tak to zwykle jest po burzy- duszno. Czy ktoś tu siem boi burzy? Ja nie! Lubię burze:). No i po co idiotko siem uśmiechasz? Nie powinnaś, przecież masz spuchnięte kolano, prawie nie możesz chodzić i to wyłącznie przez własną głupotę:/. To chyba tylko ja jestem taka zdolna, żeby siem wywalić idąc ze szkoły. I tak najlepsze było, jak siem wy…glebałam tydzień temu wychodząc z autobusu. Starsze panie od razu miały okazję, aby wyrazić, jakie to ze mnie biedne dziecko-_-. Pewnie przypadkowo spotkani ludzie wzięli mnie za jakąś trochę ten tego…śmiać się z własnego upadku.
U, tak sobie słucam Chilfren of Bodom i uświadomił sobie, że…że…że ja naprawdę lubię metal O_O. Na początku to było takie słuchanie, bo Mary słucha, ale teraz mi siem serio spodobało, ach…Ło bosh, to chyba jedna z najdłuższych notek w hostorii(już ponad rok^^) tego bloga…Założę się, że nikt do tego miejsca nie dotrwał:P

O drzewie

4 komentarzy

„W pewnym lesie rosło drzewo. Wszyscy zachwycali się jego rozłożystymi gałęziami, zielonymi liśćmi i delikatnymi kwiatami. Bez wątpienia było najpiękniejsze.
Lecz pewnego razu przyszedł do drzewa przyjaciel- inne drzewo, nie tak wspaniały jak on. Poprosił go, nieśmiało spuszczając wzrok:
- Już od dawna jesteśmy przyjaciółmi, ale nigdy cię o nic nie prosiłem… Jednak teraz w wiosce umiera człowiek, ale da się go uratować. Potrzebne są wszystkie twoje piękne kwiaty… Czy zgadzasz się? Wiem, że nie będziesz może już tak podziwiany…
- W porządku, weź je.- odpowiedziało drzewo i schyliło się, aby przyjacielowi było łatwiej zrywać kwiaty z samych wierzchołków. Jednak po pewnym czasie mniej wspanialsze drzewo pojawiło się znowu, jeszcze bardziej zakłopotane.
- Słuchaj, w prawdzie twoje kwiaty pomogły, lecz jego życie nadal jest zagrożone, tym razem potrzebne są twoje zielone liście…
- Weź je, jeśli tylko to mu pomoże…- drzewo otrząsnęło wszystkie liście i oddało je. Teraz już nie było najpiękniejsze, stało smutne i nagie, a wiatr szumiał w jego gałęziach- jedynym skarbie, jaki mu pozostał. Minęło parę miesięcy, aż jego przyjaciel znów złożył mu wizytę. Tym razem minę miał jeszcze bardziej zmartwioną.
- Nawet nie wiesz, jak trudno mi cię prosić, ale nastąpił nawrót choroby. Jedynym skutecznym lekarstwem mogą być tylko twoje gałęzie i korzenie… Zdaje sobie sprawę, jak trudno ci…
- Bierz.- wyszeptało drzewo. Odtąd stało całkiem zapomniane.”
/kazanie pewnego księdza w sanatorium/
Lecz nie całkiem, mijały kolejne zimy samotności drzewa, jego łzy dawno już zamarzły. Konar powykręcał się z tęsknoty za lepszymi czasami.
A pewnej wiosny przyszły do drzewa dzieci. Mały chłopiec skrzywił się z odrazą:
- Fuj, jakie brzydkie drzewo, po co ono tutaj stoi?- kopnął szarą korę. Ale w tej chwili podszedł do niego jego tata.
- Nie mów tak, to dzięki niemu żyję, to ono użyczyło mi wszystkiego co miało, abym mógł być szczęśliwy i w przyszłości mieć was. – uśmiechnął się i poczochrał obojgu dzieciom włosy. Wtedy dziewczynka podeszła do brzydkiego konara i spróbowała objąć go rączkami, jednak pień był za gruby.
- Dziękuję ci, drzewo.- wyszeptała całując jego brzydką korę. Po czym podbiegła do brata, a tam, gdzie jej usta dotknęły drzewa, pojawił się nowy pęd…

No cóż, nie udało mi się napisać z sanatorium. Powiem tylko, że było siuuuuper^^ Jeden z textów do zapamiętania: „Czy ty się jakoś szczególnie interesujesz gejami?”- słowa pewnej dziewczyny po przeczytaniu majne komixu_^_ A jak wam siem podoba historyjka? To chyba jedyne kazanie księdza, jakie mi się podobało, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie napisać własnego zakończenia^^. Pozdro

Ojej O_o

5 komentarzy

Właśnie, ojej _-_. Jak mnie tu dawno nie było…*nerwowo zrywa pajęczyny i ściera kurz* Podczas mojej nieobecności zdarzyły siem dwie ważne rzeczy:
1- ściełam włosy! Tak, tak, a to wszystko wina mojej mamy! Gdy byłam mała ciągle paradowałam z krótką szczeciną… Mam nawet takie zdjęcie: mały smark(może z 4 lata) stoi sobie dumnie na stole z trochę niewyraźną miną. Odziane to to w niebieskie spodnie, baiły sweterek w niebieskie rąby i kraciasty kołnieżyk. He, niektórzy dają siem nabrać, że to mój młodszy kuzyn, a to tylko ja :P A jeśli chodzi o to co teraz mam na głowie, to a) ludzie są zachwyceni(Melissa),b) uważają, że wyglądam jak grzyb XD(Marysia), c) nie mają zdania(moja sąsiadka).
2- Wyjeżdżam! A tak, wracam do sanatorium- na stare śmieci, hehe :P. I znów mnie nie będzie, dlatego z góry przepraszam za zaległości na blogach, czytam notki, ale ich nie komentuje-sorki;_; Wrócem 27.04
Ach tak, wiem- dziś prima aprilis i wogóle, ale to nie jest żart, powinnam napisać tą notkę wcześniej, ale oczywiście jestem ochydnym leniem… Jeszcze raz przepraszam i adios tym, którzy tu jeszcze zaglądają, jak mi siem uda, to moshe coś z kafejki napiszem;_____;

Oczywiście w orginale było „w siedemnastej wiośnie”, ale dla celów wyższych pozwoliłam sobie trochę zmienić…Tak, to niestety prawda…..Od dziś(jakby to powiedział pewien gość) stara d… ze mnie :P. Ech, a tak na serio, to zawsze lubiłam urodziny, a jeszcze w tym roku tak fajnie ta data wygląda. Um, żeby było coś do tematu teraz będzie fascynujacy wykład o torach jakimi krążą moje pokręcone myśli. Osoby, które uważają mnie za inteligentną i normalną proszone są o nie czytanie oraz dalszy ciąg takiegoż myślenia:P
Przykład łan: Pewnego pięknego dnia Aś zastanawiał się nad bajkami, a dokładniej nad tym, co nie było w nich dopowiedziane. Np. jak księżniczki w wieżach załatwaiły swoje potrzeby fizjologiczne, skoro nie mogły wyjsć?! Bo znająć życie, to jedzenie im ptaszki przynosiły czy cos takiego -_-. Odp. przyszła wraz z nadejściem Mary, która łaskawie wyjaśniła mi, że w każdym zamku znajdowała się osobna mała kiszka(bo inaczej nie można nazwać pomieszczenia wielkości szafy) gdzie załatwiano ww. potrzeby. Oczywiście nie znali niczego takieg jak kanalizacja i to ludziom na głowy leciało…Fuuuj.
Przykąłd tu: Po przeczytaniu jakiegoś tam wywaidu z jakimś tam sławnym gościem, gdzie było napisane, ze wyżuca skarpetki po jednym urzyciu, bo mu się prać nie chce _-_ Aś zastanawiał się nad bezdomnymi, przecież jakby ten super hiper sławny dawał te skarpetki bezdomnym zamiast je wyrzucać, o jaki procent zmniejszyła by się liczba bezdomnych z odmrożonymi stopami!O_o
Dobra, więcej przykłądów nie będzie, jeszcze się do mnie kompletnie zrazicie czy coś… Z góry przepraszam za wszystkie błędy ortoraficzne i inne literówki w tym texcie…

Na początku miałam pokazać to tylko Yumegari, ale zdecydowałam się jednak umieścić to na blogu. Dzisiaj historia anioła tzn. to co wydarzyło się przed rozpoczeciem akcji opowiadania w poprzedniej notce. A kiedy o wampirze? Gdybym wiedziała, to bym powiedziała, heh… A co do rysunków… Pomyślę o tym, nawet chciałam zacząć rysować pewien komix i pokazać go na blogu, ale jednak doszłam do wniosku, że lepiej jeszcze z tym trochę poczekać, może kiedyś…

O aniele Był taki śliczny… Jego uśmiech, jasne oczy o mądrym spojrzeniu, płynne ruchy… Uwielbiałam go obserwować. Zupełnie nie przeszkadzało mi to, że on nie może mnie zobaczyć. W końcu ja byłam aniołem, a on tylko człowiekiem. Tylko człowiekiem? Nie, aż człowiekiem. To dla niego schodziłam na Ziemię każdego dnia. Aby choć przez chwilę widzieć jego uśmiech, jego twarz….
Jego anioł stróż martwił się o mnie. Mówił: „ W ten sposób nigdy nie będziesz szczęśliwa… Jesteś jeszcze dzieckiem, nie wyrzekaj się tego tylko dla niego. To człowiek, a ludzie nie są nigdy doskonali, pamiętaj.” On jednak się mylił- byłam szczęśliwa, bardzo. Chyba nigdy już nie aż tak jak wtedy, chociaż…. może z Merlinem…ale to inna historia.
„Wszystko dobre, co się dobrze kończy”- czy w takim razie uczucie do chłopca było złe? Nie, nie dla mnie, choć zapłaciłam za nie najwyższą cenę jaką anioł może sobie wyobrazić. Niebo. Przez niego już nigdy nie mogę tam wrócić. Jednak nie, to nie jest najwyższa cena. Karą za moją platoniczną miłość była jego strata. Strata chłopca. Na wieki. A wszystko przez moje głupie pragnienie ochrony, zbyt mocne pragnienie.
Tego dnia słońce krwawiło. Ale dla mnie wydawało się po prostu tonące w kolorze serca, do czasu. Pisk opon, rozszerzone oczy chłopca i krzyk jego matki. Tylko mój szybki refleks sprawił, ze nic mu się nie stało. Przynajmniej tak myślałam. Niepokoił mnie tylko poważny wzrok jego anioła stróża. „Bóg nie chciał go zabić, ale naruszyłaś przeznaczenie. Stanie się coś, co nie miało się w ogóle zdarzyć.” W tej chwili zrozumiałam swój błąd. Swój straszny błąd. Ale było już za późno. Budynek, pod którym stał chłopiec zawalił się. Patrzyłam na tumany pyłu i słyszałam płacz setek aniołów opiekuńczych. Widziałam śmierć mojego ukochanego chłopca i nic nie mogłam zrobić.
A potem był sąd. Wszystkie twarze świętych, archaniołów i aniołów pełne smutku. Bóg zasłaniający ręką oczy, aby nikt nie mógł widzieć jak płacze. „Nie ma już dla ciebie miejsca w Niebie, Loro.” W oddali zauważyłam jeszcze duszę chłopca. Uśmiechała się. Po raz pierwszy chłopiec uśmiechał się do mnie, właśnie wtedy, gdy już nigdy miałam go nie zobaczyć. Prezent na pożegnanie.


  • RSS